Zagrać w lekturę

Mam za sobą ciekawe doświadczenie: przerobiliśmy lekturę szkolną na  grę planszową, a potem sprawdziliśmy, jak to działa…

Ryzykowny punkt wyjścia: żeby wygrać, nie musisz znać książki. Otrzymujesz mnóstwo przyjaznych ilustracji i atrakcyjnie podaną, łatwo dostępną wiedzę.  Ale żeby zostać zwycięzcą wystarczy, że opanujesz i poprawnie zastosujesz strategię, wiedzą wykazywać się nie musisz. I jaki efekt? Grupa się integruje we wspólnym działaniu. Okazuje się, że mniej lubiany kolega jednak jest bardzo fajny. Często wygrywają osoby, które nigdy wcześniej nie odnosiły sukcesu na lekcjach języka polskiego. Sukces uskrzydla: „skoro potrafię wygrać, to może jednak sprawdzę, o co chodzi w tej książce i co przedstawiają obrazki, które trzymam w ręce?”.  I tak, od poczucia własnej wartości i zwykłego zaciekawienia zaczyna się lektura… czy młody czytelnik dotrwa do ostatniej strony – nie wiadomo. Ale jednak z własnej woli zaczął! I to jest sukces.

Marketing w kulturze

Gdy dwadzieścia lat temu zaczynałam pracę, stosowanie narzędzi marketingowych w kulturze, przyjmowane było z nieufnością: czy faktycznie można promować książkę, spektakl teatralny czy rzeźbę w taki sam sposób jak batonik czy proszek do prania? Czy twarz autora, wymalowaną na tramwaju, można bez skrupułów  obwozić  po mieście? Nie chodziło jedynie o ceny tych usług, najczęściej astronomiczne i dla nas niedostępne, ale o sam fakt: czy wypada?

Dzisiaj te dylematy mogą dziwić.  Specjaliści od promocji kultury  do perfekcji opanowują tradycyjne i  nowe  narzędzia marketingowe. Są szczególnie kreatywni, dobrymi pomysłami rekompensując tradycyjny w tej branży brak pieniędzy.

A jednak zasłyszane niedawno zdanie: „to wydarzenie (a chodziło o wydarzenie prawie na granicy sacrum)  trzeba promować w taki sam sposób jak coca-colę”, budzi opór. Nie ma problemu, jeśli mówimy o książce (filmie, spektaklu, płycie) – produkcie, który  ma się „dobrze sprzedawać”, przez pół roku króluje na listach bestsellerów, a potem wszyscy o nim zapominają. Inaczej jednak jest z dziełem stawiającym na wartość.

Wartości się nie konsumuje, ale w nich uczestniczy. To skomplikowany, czasem trudny proces, ale nagroda wspaniała – uczestnictwo we wspólnocie ludzi, którzy prowadzą bogatsze, pełniejsze życie. Czy nowoczesne narzędzia marketingowe pomagają w budowaniu takiej wspólnoty? Na pewno tak, ale jednak ich użycie powinno być w tym wypadku bardzo subtelne.

 

„Sam wydaj swoją książkę…..

self publishing-agencja promocyjna OKO… i sam na niej zarabiaj” (w domyśle – wielkie pieniądze).

Takie obietnice pojawiają się w coraz liczniejszych wydawnictwach self – publishingowych.

Ludzie w to wierzą, a więc piszą, wysyłają  przez Internet tekst, który  jest automatycznie łamany, a nowoczesna drukarka cyfrowa „wypluwa” gotową, oprawioną książkę (za odpowiednią opłatą oczywiście).  I tu bardzo często  następuje rozczarowanie. Bo jakoś obiecanego sukcesu nie widać.

Nikt głośno nie mówi, że samo nadanie tekstowi formy książki, nie czyni z niej jeszcze literatury. Za powodzeniem  pisarzy, którzy odnieśli sukces, stoi ich ogromna praca nad zbieraniem materiałów i budowaniem warsztatu, wysiłek  redaktorów, którzy pomagają opracować ostateczny tekst i grafików, którzy sprawiają, że książka jest piękna.

Dobrze jest, gdy ludzie chcą tworzyć. I jeśli mają taką ochotę, mogą to robić nie oglądając się  na nic – po prostu dla własnej przyjemności. Bywa, że efekty są całkiem dobre.

Ale takie „pójście na żywioł” powinno być świadomą decyzja człowieka, który wie, z jakich narzędzi stosowanych przez profesjonalnych  twórców rezygnuje  i z jakim ryzykiem się to wiąże.

Ktoś, kto swoje pisanie traktuje poważnie i chce się rozwijać, powinien nastawić się na bardzo ciężką pracę.  Warto też  znaleźć  osobę, która ją oceni, „wyłapie” błędy i wskaże kierunek rozwoju.

I nie wolno zapomnieć, że bez mocnej promocji i sprawnej dystrybucji, o najlepszej nawet książce wiedzieć będą jedynie najbliżsi znajomi autora.

 

Pochwała artystów naiwnych

twórczośćWszyscy ludzie   noszą w sobie jakąś opowieść,  ale  tylko nieliczni mają odwagę szerzej się nią podzielić: za pomocą muzyki, obrazu, tańca czy literatury.

Wspaniałe rzeczy tworzą dzieci i artyści nieprofesjonalni, którzy nie boją się być sobą i nie starają się nikogo naśladować. Opowiadają fantastyczne, kolorowe historie, zbudowane według swojej własnej wewnętrznej logiki.

W tradycyjnych społecznościach tacy artyści byli w stanie wypowiadać się poprzez swoją oryginalną sztukę  przez całe życie. Dziś, gdy sztuczny, kolorowy świat jest na wyciągnięcie ręki, aż się prosi, żeby popełnić grzech  naśladownictwa, a to oznacza wygnanie z raju prawdziwej sztuki w odmęty kiczu.

Ciekawe, czy Nikifor, żyjąc dzisiaj potrafiłby pozostać sobą, czy też świętych na jego obrazkach zastąpiłyby modelki z reklam?

 

„Festiwalizacja” kultury

Stale powraca w dyskusjach temat „festiwalizacji”  kultury. Trudno nie przyznać, że namnożyło się nam wszelakich festiwali, od muzyki poważnej poprzez literaturę, po pierogi,  ale i tak pozostajemy w tym względzie daleko w tyle za Anglią czy Francją…

Przeciwnicy festiwali zwracają uwagę na:

  • wydawanie w kilka dni pieniędzy, które umożliwiałyby długotrwałą działalność kulturalną;
  • zastąpienie solidnej pracy „u podstaw” krótkotrwałym, efektownym, choć nie zawsze wartościowym fajerwerkiem;
  • tworzenie zadowolonego z siebie, zamkniętego kręgu festiwalowych artystów i stale tych samych widzów, najczęściej biernych;

obrońcy z kolei podkreślają, że:

  • łatwiej pozyskać środki na duże, efektowne wydarzenie;
  • festiwal umożliwia spotkanie z artystami, których w innych okolicznościach nie byłoby szansy zaprosić;
  • spotkania festiwalowe integrują społeczność i inspirują do nowych inicjatyw kulturalnych, albo są ich zwieńczeniem;
  • ludzie potrzebują okresów świętowania i zabawy – dlaczego więc nie zapewnić im wartościowej rozrywki, a przy okazji wypromować swoją miejscowość?

Trudno nie zgodzić się z argumentami obu stron.

Organizując przez wiele lat festiwale w większych i mniejszych miejscowościach, zauważyłam, że warto postawić sobie kilka pytań, które pozwolą ocenić, na ile festiwal faktycznie ma sens:

  • jaka jest jego „wartość dodana”: ilu nowych uczestników udało się pozyskać, jakie nowe kontakty artystyczne zostały nawiązane i jakie nowe dzieła dzięki temu powstaną?
  • na ile w jego przygotowanie udało się włączyć lokalną społeczność i jakie konkretne korzyści i inspiracje z uczestnictwa w festiwalu płyną?
  • na ile organizatorzy są nastawieni na naukę i wyciąganie wniosków: o ile kolejne edycje festiwalu są ciekawsze i lepiej zorganizowane od poprzednich?

Każdy może być kreatywny?

każdy może byc kreatywny-agencja promocyjna OKO„Każdy może być kreatywny” – to tytuł świetnej książki francuskiego psychologa Jeana Cottraux.

A u nas: „nie wychylaj się przed szereg”,  „siedź w kącie – znajdą cię”, w najlepszym razie, do czysto rzemieślniczych czynności „nie święci garnki lepią”.

Od dzieciństwa uczy się nas, by nie chwalić się swoimi osiągnięciami, nie rzucać się w oczy, a jeśli coś się uda, to zawsze „mogłoby być lepiej”. Świetne, utalentowane  osoby boją się przyznać do swoich artystycznych pasji, „bo co ludzie powiedzą?”. A więc od dzieciństwa wkładamy mundurki, potem garnitury, by wyglądać  poważnie i by traktowano nas z szacunkiem. To ciekawe, że na polskich wsiach i w małych miasteczkach artystami stawali się często ludzie żyjący na marginesie: Nikifor, Heródek… Ponieważ z zasady nie traktowano ich poważnie, nie bali się wyśmiania. Nie mieli nic do stracenia, nie musieli udawać i mogli cieszyć się prawdziwą sztuką, która dawała im radość.

Najbardziej kreatywne są dzieci póki w ich życiu pasjonująca zabawa nie zostanie wyparta przez „poważne obowiązki”.  Czy mamy szansę i odwagę, by w jakimś stopniu wrócić do tego stanu?

 

Przepis na udane wydarzenie artystyczne

wydarzenie artystyczne-agencja promocyjna OKOPodaję sprawdzony przepis na udane wydarzenie artystyczne. Dokładnie taka kolejność i proporcje, a  powinno się udać. Ale jak to z przepisami: jeden ma szczęśliwą rękę, a drugi nie… Myślę, że to jednak nie tyle o „rękę” chodzi, ile o determinację i zaangażowanie.

W każdym razie spróbuj:

  1. Ustal dla kogo działasz i jakie Twój odbiorca ma potrzeby;
  2. Wyznacz cel, do którego zmierzasz – o ile realizacja wydarzenia Cię do niego przybliży, co powinno zmienić się w stosunku do stanu obecnego;
  3. Ustal program, który pozwoli Ci ten cel zrealizować;
  4. Poszukaj partnerów, którzy mogą Ci pomóc, a przy okazji zrealizować własne cele. Razem możecie więcej.
  5. Mając pomysł  i dokładnie wiedząc czego chcesz (ale nie wcześniej), masz szansę być przekonującym i zdobyć finansowanie;
  6. Zadbaj o mocną promocję. Najwspanialsze wydarzenie o którym nikt nie wie, nie jest w stanie zmienić niczego w rzeczywistości.
  7. Daj z siebie wszystko realizując projekt. Nie stosuj taryfy ulgowej. Ostatecznie liczą się efekty, a nie dobre chęci;
  8. Nie żałuj czasu na podsumowanie. Ciesz się sukcesami, a z porażek wyciągaj naukę na przyszłość.
  9. Uczciwie odpowiedz sobie na pytanie, na ile zbliżyłeś się do zakładanego celu. Czy efekty Twojej pracy wniosły coś nowego? Ilu nowych ludzi udało Ci się pozyskać?
  10. Jeśli wszystko poszło dobrze, powinieneś rozpocząć nowy cykl, robić to samo od nowa, ale już  na wyższym poziomie: jednym słowem powinieneś działać na zasadzie „śruby”, a nie błędnego  koła.

Powodzenia :)

 

Nazajutrz

Nagroda Nike-agencja promocyjna OKODzień po przyznaniu Nike wizyta w księgarniach. Nie jednej, w kilku. Nie tylko w sieciówkach, ale też w mniejszych księgarniach z ambicjami. Wierzyć się nie chce, ale nigdzie nie widać, że dzień wcześniej przyznano najsławniejszą polska nagrodę literacką. Z pewnym niedowierzaniem, powtórna wizyta następnego dnia… i dalej nic. Tylko w jednej księgarni do książki Olgi Tokarczuk przyklejone karteczki post-it z ręcznie napisaną informacją „Nagroda Nike”. Pozostałych finalistów nie widać.

Gdzie się podziały piękne czasy, gdy wszyscy w napięciu czekali na finał, w międzyczasie książki -finalistki dumnie opasywano w księgarniach opaskami z logo Nagrody, a wydawcy z napięciem czekali, by w porę zlecić dodruk nagrodzonego tytułu? Skoro dziś nikomu się nie chce ustawić nagrodzonych książek na widocznym miejscu i umieścić przy nich informacji, że wybiły się z tłumu i są nagrodzone, to znaczy, że się to nie opłaca, że nagrody przestały sprzedawać i nie są już argumentem dla czytelników. Jak ktoś miał kupić i przeczytać książkę ulubionej autorki, to już to zrobił nie czekając na werdykt jury. Niby logiczne, ale jednak ważne czytelnicze święto zniknęło.

Od wczoraj obserwuję, jak księgarze eksponują książki noblistki. Jest trochę lepiej. Ale tylko trochę. A Swietłana Aleksijewicz za tydzień ma przyjechać do Krakowa, co od dłuższego czasu dla nikogo nie było tajemnicą.

Książka pod choinkę

Przedświąteczne księgarnie… jest ich mniej, niż w ubiegłym roku, znowu kilka zamknięto.

Tradycyjnie miejsce książek na stołach pokazuje, co „się sprzedaje”, a co nie, na które książki szefowie sieci stawiają, a które od początku są na straconej pozycji (czyli wciśnięte na półkach, grzbietem do klienta). Właściwie nie ma zaskoczenia: królują książki kucharskie, kilka pewnych nazwisk i seria o Bogu, który „nigdy nie mruga” i „znajdzie ci pracę”. Laureaci nagród, nawet tych najbardziej znanych, owszem obecni, ale to nie oni są bohaterami tegorocznego sezonu gwiazdkowego.
W stosunku do lat ubiegłych widać zmiany: zdecydowanie mniej „paków” – czyli wszelakich puzder, w które pakowano po kilka książek tego samego autora albo na ten sam temat, sprzedając je w paradnym opakowaniu lub (i) po niższej cenie. Mniej piętrzących się na podłodze stosów tego samego tytułu typowanego na bestseller. Może dlatego, że miejsca na te pryzmy mniej – w Empiku książki coraz bardziej ustępują artykułom papierniczym i plastikowym gadżetom. W Matrasie miejsce książek zajęły – nawet tam, gdzie zupełnie atmosfery kawiarnianej nie ma – wciśnięte na siłę stoiska z ciastkami i kawą. W końcu każdy metr kwadratowy musi na siebie zapracować…
To co wszędzie rzuca się w oczy, to mniejsze lub większe kartki z informacją o promocyjnej cenie, jakby wszyscy w popłochu chcieli wyzbyć się trefnego towaru… W przypadku niektórych nowości różnica pomiędzy ceną na okładce, a ceną proponowaną na doklejonej kartce wynosi nawet 20 złotych. Czytelnik patrzy i, jeśli nic go nie zmusza do natychmiastowego zakupu, postanawia poczekać. Skoro przed Świętami rabat jest tak duży, to po Nowym Roku pewnie będzie jeszcze taniej.
A przymusu zakupu nie ma, bo jakoś nikt nie usiłuje w tym roku przekonać, że książka to świetny upominek pod choinkę. Środowisko ludzi książki nie potrafiło połączyć sił i przeprowadzić wspólnej mocnej, kampanii promocyjnej, która podpowiedziałaby, że dobrze wybraną książką można sprawić komuś radość. Kilka lat temu brałam udział w przygotowaniu akcji „Podaruj książkę z autografem”. Przez siedem kolejnych dni w okresie „mikołajowym” znani pisarze siedzieli o tej samej godzinie w tej samej księgarni (dziś już jej nie ma) i podpisywali książki, z dedykacją dla osoby, która miała zostać obdarowana. Kolejka wiła się wzdłuż ulicy, przy której stała księgarnia, przypadkowi przechodnie dołączali i tym sposobem kilka tysięcy osób dostało w upominku książkę z autografem ulubionego autora. Wystarczyła dobra informacja, kilka plakatów, trochę pracy i wiary, że warto. To była akcja na maleńką skalę, a gdyby tak zrobić coś podobego z większym rozmachem? Kartka „rabat 25%” wymaga mniej wysiłku, też można nią ucieszyć, ale czy do końca o to chodzi?

Po co nam targi książki?

  • Bo można na nich kupić kupić książki w innych miejscach niedostępne…

Fałsz: Dużo łatwiej i wygodniej można dotrzeć do poszukiwanej książki poprzez Internet,  nie ruszając się sprzed własnego komputera.

  • Bo można kupić książkę taniej, skorzystać z rabatów i innych okazji cenowych…

Fałsz: Na Tragi wydawcy przywożą  książki najnowsze, na które niechętnie udzielają rabatów.

  • Targi to znakomite miejsce promocji nowości wydawniczych…

Fałsz: Wszystko, w tym także książki, najlepiej promuje się „na ciszy”.  Na Targi wszyscy wydają to, co w ofercie mają najlepszego, a więc  konkurencja jest  największa. Niejedna świetna książka przepadła w targowym szumie.

  • Na targach najłatwiej przyciągnąć uwagę mediów…

Fałsz: Dziennikarze piszący o książkach mają wtedy  znacznie mniej czasu niż w jakimkolwiek innym okresie.

  • Na targach wydawca może sprzedać  książki i zarobić…

Fałsz: Koszt udziału w targach zwykle znacznie przekracza ewentualny zarobek.  Wydawca nie jest ze swoimi książkami sam: kilkaset targowych nowości konkuruje o uwagę odwiedzających, którzy mają jednak ograniczony budżet.

  • Targi dają rozeznanie, co ciekawego  dzieje się na rynku wydawniczym.

Prawda: ale nie można dać się zwieść pozorom:  najciekawsze rzeczy dzieją się często przy skromnych  stoiskach… a czyjaś nieobecność bywa czasem  bardziej znacząca niż ostentacyjna obecność. Wychwytywanie istotnych, choć ukrytych informacji to naprawdę interesujące  zadanie dla wtajemniczonych.

  • Tragi to okazja do spotkania z innymi ludźmi

Prawda: To, co w targach najwspanialsze, to możliwość rzeczywistego spotkania twarzą w twarz. Dla osób pracujących w branży wydawniczej to szansa zobaczenia na własne oczy osoby, z która przez cały rok współpracuje  się przy pomocy telefonu czy mejla. Ale  przede wszystkim to możliwość spotkania czytelnika z autorem – święto i inspiracja dla obu stron. I chociaż życie literackie i rynek książki coraz bardziej przenoszą się do sieci, konieczny jest taki czas, gdy wszyscy mogą się „realnie” zobaczyć, porozmawiać, podać sobie rękę. W odróżnieniu od festiwali, podczas których autorzy mają do wykonania zlecone przez organizatorów  zadania (czytają, dyskutują, wyrażają opinię, zaszczycają), siedzący przy targowym stoisku pisarz oddaje się  pełni do dyspozycji swoich czytelników, zdany na ich miłość, niechęć, bądź, czego nikomu nie życzymy, obojętność.