„Festiwalizacja” kultury

Stale powraca w dyskusjach temat „festiwalizacji”  kultury. Trudno nie przyznać, że namnożyło się nam wszelakich festiwali, od muzyki poważnej poprzez literaturę, po pierogi,  ale i tak pozostajemy w tym względzie daleko w tyle za Anglią czy Francją…

Przeciwnicy festiwali zwracają uwagę na:

  • wydawanie w kilka dni pieniędzy, które umożliwiałyby długotrwałą działalność kulturalną;
  • zastąpienie solidnej pracy „u podstaw” krótkotrwałym, efektownym, choć nie zawsze wartościowym fajerwerkiem;
  • tworzenie zadowolonego z siebie, zamkniętego kręgu festiwalowych artystów i stale tych samych widzów, najczęściej biernych;

obrońcy z kolei podkreślają, że:

  • łatwiej pozyskać środki na duże, efektowne wydarzenie;
  • festiwal umożliwia spotkanie z artystami, których w innych okolicznościach nie byłoby szansy zaprosić;
  • spotkania festiwalowe integrują społeczność i inspirują do nowych inicjatyw kulturalnych, albo są ich zwieńczeniem;
  • ludzie potrzebują okresów świętowania i zabawy – dlaczego więc nie zapewnić im wartościowej rozrywki, a przy okazji wypromować swoją miejscowość?

Trudno nie zgodzić się z argumentami obu stron.

Organizując przez wiele lat festiwale w większych i mniejszych miejscowościach, zauważyłam, że warto postawić sobie kilka pytań, które pozwolą ocenić, na ile festiwal faktycznie ma sens:

  • jaka jest jego „wartość dodana”: ilu nowych uczestników udało się pozyskać, jakie nowe kontakty artystyczne zostały nawiązane i jakie nowe dzieła dzięki temu powstaną?
  • na ile w jego przygotowanie udało się włączyć lokalną społeczność i jakie konkretne korzyści i inspiracje z uczestnictwa w festiwalu płyną?
  • na ile organizatorzy są nastawieni na naukę i wyciąganie wniosków: o ile kolejne edycje festiwalu są ciekawsze i lepiej zorganizowane od poprzednich?

Książka pod choinkę

Przedświąteczne księgarnie… jest ich mniej, niż w ubiegłym roku, znowu kilka zamknięto.

Tradycyjnie miejsce książek na stołach pokazuje, co „się sprzedaje”, a co nie, na które książki szefowie sieci stawiają, a które od początku są na straconej pozycji (czyli wciśnięte na półkach, grzbietem do klienta). Właściwie nie ma zaskoczenia: królują książki kucharskie, kilka pewnych nazwisk i seria o Bogu, który „nigdy nie mruga” i „znajdzie ci pracę”. Laureaci nagród, nawet tych najbardziej znanych, owszem obecni, ale to nie oni są bohaterami tegorocznego sezonu gwiazdkowego.
W stosunku do lat ubiegłych widać zmiany: zdecydowanie mniej „paków” – czyli wszelakich puzder, w które pakowano po kilka książek tego samego autora albo na ten sam temat, sprzedając je w paradnym opakowaniu lub (i) po niższej cenie. Mniej piętrzących się na podłodze stosów tego samego tytułu typowanego na bestseller. Może dlatego, że miejsca na te pryzmy mniej – w Empiku książki coraz bardziej ustępują artykułom papierniczym i plastikowym gadżetom. W Matrasie miejsce książek zajęły – nawet tam, gdzie zupełnie atmosfery kawiarnianej nie ma – wciśnięte na siłę stoiska z ciastkami i kawą. W końcu każdy metr kwadratowy musi na siebie zapracować…
To co wszędzie rzuca się w oczy, to mniejsze lub większe kartki z informacją o promocyjnej cenie, jakby wszyscy w popłochu chcieli wyzbyć się trefnego towaru… W przypadku niektórych nowości różnica pomiędzy ceną na okładce, a ceną proponowaną na doklejonej kartce wynosi nawet 20 złotych. Czytelnik patrzy i, jeśli nic go nie zmusza do natychmiastowego zakupu, postanawia poczekać. Skoro przed Świętami rabat jest tak duży, to po Nowym Roku pewnie będzie jeszcze taniej.
A przymusu zakupu nie ma, bo jakoś nikt nie usiłuje w tym roku przekonać, że książka to świetny upominek pod choinkę. Środowisko ludzi książki nie potrafiło połączyć sił i przeprowadzić wspólnej mocnej, kampanii promocyjnej, która podpowiedziałaby, że dobrze wybraną książką można sprawić komuś radość. Kilka lat temu brałam udział w przygotowaniu akcji „Podaruj książkę z autografem”. Przez siedem kolejnych dni w okresie „mikołajowym” znani pisarze siedzieli o tej samej godzinie w tej samej księgarni (dziś już jej nie ma) i podpisywali książki, z dedykacją dla osoby, która miała zostać obdarowana. Kolejka wiła się wzdłuż ulicy, przy której stała księgarnia, przypadkowi przechodnie dołączali i tym sposobem kilka tysięcy osób dostało w upominku książkę z autografem ulubionego autora. Wystarczyła dobra informacja, kilka plakatów, trochę pracy i wiary, że warto. To była akcja na maleńką skalę, a gdyby tak zrobić coś podobego z większym rozmachem? Kartka „rabat 25%” wymaga mniej wysiłku, też można nią ucieszyć, ale czy do końca o to chodzi?

Ożywić biblioteki parafialne

O tym, jak wiele można zrobić i jak rozbudzić nowe potrzeby w ramach działalności parafii, widać na przykładzie pielgrzymek. Osoby, które nigdy wcześniej nie ruszały się ze swojego miasteczka czy wsi, dzięki inicjatywie energicznego proboszcza mogły zobaczyć nie tylko Licheń, ale też często Rzym, Lourdes, Fatimę i marzą teraz o wyprawie do Ziemi Świętej. Poznawanie świata i idące za tym „otwarcie” stało udziałem tysięcy Polaków, w tym wielu emerytów, którzy odkryli świetny sposób spędzania wolnego czasu. Swoją drogą, ciekawe, czy ktoś zrobił badania na temat zmiany mentalności Polaków pod wpływem parafialnych pielgrzymek. To mogłoby być bardzo interesujące.
Myślę, że idąc tym tropem, można zrobić bardzo dużo dobrego poprzez ożywienie bibliotek parafialnych. Jest to opcja dużo tańsza niż pielgrzymki, a możliwości otwierania umysłów i budowania wspólnoty ogromne. W każdej parafii z pewnością znajdzie się osoba chętna do poprowadzenia biblioteki (emerytowany nauczyciel, bibliotekarz, miłośnik książek). Pozyskanie darów dla biblioteki też nie powinno być trudne. Wszystkie przeprowadzki (a tych dzisiaj mamy sporo) zmuszają do książkowych remanentów w domach. Wiele osób, mając świadomość, że ich książki mogą zyskać drugie życie, chętnie odda je na wezwanie do parafialnej biblioteki. Miejsce też często jest – choćby w budowanych niegdyś licznie domach katechetycznych, różnych salach przy parafiach. I w takim miejscu biblioteka może być znakomitym miejscem spotkania, dyskusji, wymiany myśli. Zamiast przekazywać sobie parafialne plotki, osoby mogłyby spotykać się, by rozmawiać o książkach, bądź odbyć spotkanie z zaproszonym autorem. Świetnie pracujące przy parafiach zespoły charytatywne mogłyby rozszerzyć swoją działalność o czytanie książek osobom chorym, które czytać już nie są w stanie, albo dostarczanie książek tym, którzy jeszcze sami mogą czytać, ale nie mają siły dojść do biblioteki. Jest tu miejsce na wspaniałą współpracę międzypokoleniową: młode osoby mogą odwiedzać staruszków w domach z książkami, a „przyszywane babcie” organizować spotkania z książką dla maluchów. Skoro można było rozbudzić w ludziach potrzebę podróżowania (co wymaga jednak sporych pieniędzy), można też rozbudzić potrzebę (i modę) na czytanie.
To, co byłoby potrzebne, to dobra wola i przygotowanie merytoryczne. Powodzenie literatury „duchowej” rodem z dalekiego wschodu pokazuje, że ludzie są spragnieni takich treści. Gdyby wskazać im właściwe lektury zakorzenione w naszym kręgu kulturowym, chętnie by po nie sięgnęli. Tylko, że nikt tak naprawdę nie wskazuje. Z jednej strony mamy uczone dzieła niezrozumiałe dla zwykłego zjadacza chleba, z drugiej bestsellery księgarni katolickich, które swoim poziomem są często podobne do bestsellerów księgarni świeckich i… „świetnie się sprzedają”. A więc po fali książek związanych z Janem Pawłem II (których ludzie często tak naprawdę nie czytali, tylko „mieli” na półkach) przepisy kulinarne rozmaitych sióstr, nalewki według mnichów, zdrowe życie wedle reguł klasztornych i rosnąca w strasznym tempie ilość książek o diable i egzorcyzmach – widocznie Zły „dobrze się sprzedaje”. A pomiędzy tym znakomite książki, które mogłyby faktycznie zmienić życie czytelnika, gdyby na nie trafił. I tu widzę rolę prasy katolickiej, poczuwającej się do chrześcijaństwa inteligencji i duchownych. Rozmawiać o książkach, dzielić się swoimi czytelniczymi fascynacjami (a nie powoływać się na kazaniu, przekręcając nazwisko autora, na książkę, z „Materiałów homitletycznych”, której się wcale nie przeczytało). Marzy mi się próba zbudowania współczesnego kanonu literatury chrześcijańskiej: taka otwarta, nagłośniona medialnie dyskusja na temat 10 książek, które współczesny człowiek powinien przeczytać. Ciekawa jestem, co poleciłby np. biskup Ryś, biskup Nossol, ks. prof. Kracik, biskup Michalik, Janusz Poniewierski, Roman Kluska, Krzysztof Pawłowski, Szymon Hołownia czy ojciec Tadeusz Rydzyk. Gdyby taką dyskusję medialnie nagłośnić, wyobrażasz sobie, ilu ludzi sięgnęłoby po książki? Choćby z ciekawości.
A swoją drogą, na tych samych zasadach jak dokształca się bibliotekarzy bibliotek publicznych (fundacja Billa i Mellindy Gates stawia na biblioteki), można byłoby dokształcać tez bibliotekarzy bibliotek parafialnych i stworzyć dla nich portal informacyjny (co kosztuje dużo mniej niż gazetka na papierze). W dokształcanie i wymianę informacji można byłoby zaangażować uczelnie katolickie, ale przede wszystkim zwykłe osoby świeckie, które z racji wykonywanej pracy posiadają potrzebną wiedzę i chcą bezinteresownie zrobić coś pożytecznego. Parafia w naszym kraju jest bardzo blisko człowieka. I żadna biblioteka publiczna nie ma takich możliwości, by skłonić do czytania, jak środowisko parafialne.
Wszyscy dzisiaj mówią o nowej ewangelizacji, choć do końca nie bardzo wiadomo, co to jest. Ja sobie wyobrażam, że to życie bliżej Ewangelii. Chyba każdy inaczej widzi metody, do jakich trzeba w tej nowej ewangelizacji sięgnąć. Ale wydaje mi się, że ponieważ Ewangelia przekazana została nam w formie księgi, bez czytania nie da się ewangelizować siebie i innych. Tak wiec biblioteka parafialna, nawet gdy czyta się w niej powieści przygodowe, miałaby szanse stać się miejscem ważnym dla ewangelizacji.