Zagrać w lekturę

Mam za sobą ciekawe doświadczenie: przerobiliśmy lekturę szkolną na  grę planszową, a potem sprawdziliśmy, jak to działa…

Ryzykowny punkt wyjścia: żeby wygrać, nie musisz znać książki. Otrzymujesz mnóstwo przyjaznych ilustracji i atrakcyjnie podaną, łatwo dostępną wiedzę.  Ale żeby zostać zwycięzcą wystarczy, że opanujesz i poprawnie zastosujesz strategię, wiedzą wykazywać się nie musisz. I jaki efekt? Grupa się integruje we wspólnym działaniu. Okazuje się, że mniej lubiany kolega jednak jest bardzo fajny. Często wygrywają osoby, które nigdy wcześniej nie odnosiły sukcesu na lekcjach języka polskiego. Sukces uskrzydla: „skoro potrafię wygrać, to może jednak sprawdzę, o co chodzi w tej książce i co przedstawiają obrazki, które trzymam w ręce?”.  I tak, od poczucia własnej wartości i zwykłego zaciekawienia zaczyna się lektura… czy młody czytelnik dotrwa do ostatniej strony – nie wiadomo. Ale jednak z własnej woli zaczął! I to jest sukces.

„Sam wydaj swoją książkę…..

self publishing-agencja promocyjna OKO… i sam na niej zarabiaj” (w domyśle – wielkie pieniądze).

Takie obietnice pojawiają się w coraz liczniejszych wydawnictwach self – publishingowych.

Ludzie w to wierzą, a więc piszą, wysyłają  przez Internet tekst, który  jest automatycznie łamany, a nowoczesna drukarka cyfrowa „wypluwa” gotową, oprawioną książkę (za odpowiednią opłatą oczywiście).  I tu bardzo często  następuje rozczarowanie. Bo jakoś obiecanego sukcesu nie widać.

Nikt głośno nie mówi, że samo nadanie tekstowi formy książki, nie czyni z niej jeszcze literatury. Za powodzeniem  pisarzy, którzy odnieśli sukces, stoi ich ogromna praca nad zbieraniem materiałów i budowaniem warsztatu, wysiłek  redaktorów, którzy pomagają opracować ostateczny tekst i grafików, którzy sprawiają, że książka jest piękna.

Dobrze jest, gdy ludzie chcą tworzyć. I jeśli mają taką ochotę, mogą to robić nie oglądając się  na nic – po prostu dla własnej przyjemności. Bywa, że efekty są całkiem dobre.

Ale takie „pójście na żywioł” powinno być świadomą decyzja człowieka, który wie, z jakich narzędzi stosowanych przez profesjonalnych  twórców rezygnuje  i z jakim ryzykiem się to wiąże.

Ktoś, kto swoje pisanie traktuje poważnie i chce się rozwijać, powinien nastawić się na bardzo ciężką pracę.  Warto też  znaleźć  osobę, która ją oceni, „wyłapie” błędy i wskaże kierunek rozwoju.

I nie wolno zapomnieć, że bez mocnej promocji i sprawnej dystrybucji, o najlepszej nawet książce wiedzieć będą jedynie najbliżsi znajomi autora.

 

Nazajutrz

Nagroda Nike-agencja promocyjna OKODzień po przyznaniu Nike wizyta w księgarniach. Nie jednej, w kilku. Nie tylko w sieciówkach, ale też w mniejszych księgarniach z ambicjami. Wierzyć się nie chce, ale nigdzie nie widać, że dzień wcześniej przyznano najsławniejszą polska nagrodę literacką. Z pewnym niedowierzaniem, powtórna wizyta następnego dnia… i dalej nic. Tylko w jednej księgarni do książki Olgi Tokarczuk przyklejone karteczki post-it z ręcznie napisaną informacją „Nagroda Nike”. Pozostałych finalistów nie widać.

Gdzie się podziały piękne czasy, gdy wszyscy w napięciu czekali na finał, w międzyczasie książki -finalistki dumnie opasywano w księgarniach opaskami z logo Nagrody, a wydawcy z napięciem czekali, by w porę zlecić dodruk nagrodzonego tytułu? Skoro dziś nikomu się nie chce ustawić nagrodzonych książek na widocznym miejscu i umieścić przy nich informacji, że wybiły się z tłumu i są nagrodzone, to znaczy, że się to nie opłaca, że nagrody przestały sprzedawać i nie są już argumentem dla czytelników. Jak ktoś miał kupić i przeczytać książkę ulubionej autorki, to już to zrobił nie czekając na werdykt jury. Niby logiczne, ale jednak ważne czytelnicze święto zniknęło.

Od wczoraj obserwuję, jak księgarze eksponują książki noblistki. Jest trochę lepiej. Ale tylko trochę. A Swietłana Aleksijewicz za tydzień ma przyjechać do Krakowa, co od dłuższego czasu dla nikogo nie było tajemnicą.

Książka pod choinkę

Przedświąteczne księgarnie… jest ich mniej, niż w ubiegłym roku, znowu kilka zamknięto.

Tradycyjnie miejsce książek na stołach pokazuje, co „się sprzedaje”, a co nie, na które książki szefowie sieci stawiają, a które od początku są na straconej pozycji (czyli wciśnięte na półkach, grzbietem do klienta). Właściwie nie ma zaskoczenia: królują książki kucharskie, kilka pewnych nazwisk i seria o Bogu, który „nigdy nie mruga” i „znajdzie ci pracę”. Laureaci nagród, nawet tych najbardziej znanych, owszem obecni, ale to nie oni są bohaterami tegorocznego sezonu gwiazdkowego.
W stosunku do lat ubiegłych widać zmiany: zdecydowanie mniej „paków” – czyli wszelakich puzder, w które pakowano po kilka książek tego samego autora albo na ten sam temat, sprzedając je w paradnym opakowaniu lub (i) po niższej cenie. Mniej piętrzących się na podłodze stosów tego samego tytułu typowanego na bestseller. Może dlatego, że miejsca na te pryzmy mniej – w Empiku książki coraz bardziej ustępują artykułom papierniczym i plastikowym gadżetom. W Matrasie miejsce książek zajęły – nawet tam, gdzie zupełnie atmosfery kawiarnianej nie ma – wciśnięte na siłę stoiska z ciastkami i kawą. W końcu każdy metr kwadratowy musi na siebie zapracować…
To co wszędzie rzuca się w oczy, to mniejsze lub większe kartki z informacją o promocyjnej cenie, jakby wszyscy w popłochu chcieli wyzbyć się trefnego towaru… W przypadku niektórych nowości różnica pomiędzy ceną na okładce, a ceną proponowaną na doklejonej kartce wynosi nawet 20 złotych. Czytelnik patrzy i, jeśli nic go nie zmusza do natychmiastowego zakupu, postanawia poczekać. Skoro przed Świętami rabat jest tak duży, to po Nowym Roku pewnie będzie jeszcze taniej.
A przymusu zakupu nie ma, bo jakoś nikt nie usiłuje w tym roku przekonać, że książka to świetny upominek pod choinkę. Środowisko ludzi książki nie potrafiło połączyć sił i przeprowadzić wspólnej mocnej, kampanii promocyjnej, która podpowiedziałaby, że dobrze wybraną książką można sprawić komuś radość. Kilka lat temu brałam udział w przygotowaniu akcji „Podaruj książkę z autografem”. Przez siedem kolejnych dni w okresie „mikołajowym” znani pisarze siedzieli o tej samej godzinie w tej samej księgarni (dziś już jej nie ma) i podpisywali książki, z dedykacją dla osoby, która miała zostać obdarowana. Kolejka wiła się wzdłuż ulicy, przy której stała księgarnia, przypadkowi przechodnie dołączali i tym sposobem kilka tysięcy osób dostało w upominku książkę z autografem ulubionego autora. Wystarczyła dobra informacja, kilka plakatów, trochę pracy i wiary, że warto. To była akcja na maleńką skalę, a gdyby tak zrobić coś podobego z większym rozmachem? Kartka „rabat 25%” wymaga mniej wysiłku, też można nią ucieszyć, ale czy do końca o to chodzi?

Po co nam targi książki?

  • Bo można na nich kupić kupić książki w innych miejscach niedostępne…

Fałsz: Dużo łatwiej i wygodniej można dotrzeć do poszukiwanej książki poprzez Internet,  nie ruszając się sprzed własnego komputera.

  • Bo można kupić książkę taniej, skorzystać z rabatów i innych okazji cenowych…

Fałsz: Na Tragi wydawcy przywożą  książki najnowsze, na które niechętnie udzielają rabatów.

  • Targi to znakomite miejsce promocji nowości wydawniczych…

Fałsz: Wszystko, w tym także książki, najlepiej promuje się „na ciszy”.  Na Targi wszyscy wydają to, co w ofercie mają najlepszego, a więc  konkurencja jest  największa. Niejedna świetna książka przepadła w targowym szumie.

  • Na targach najłatwiej przyciągnąć uwagę mediów…

Fałsz: Dziennikarze piszący o książkach mają wtedy  znacznie mniej czasu niż w jakimkolwiek innym okresie.

  • Na targach wydawca może sprzedać  książki i zarobić…

Fałsz: Koszt udziału w targach zwykle znacznie przekracza ewentualny zarobek.  Wydawca nie jest ze swoimi książkami sam: kilkaset targowych nowości konkuruje o uwagę odwiedzających, którzy mają jednak ograniczony budżet.

  • Targi dają rozeznanie, co ciekawego  dzieje się na rynku wydawniczym.

Prawda: ale nie można dać się zwieść pozorom:  najciekawsze rzeczy dzieją się często przy skromnych  stoiskach… a czyjaś nieobecność bywa czasem  bardziej znacząca niż ostentacyjna obecność. Wychwytywanie istotnych, choć ukrytych informacji to naprawdę interesujące  zadanie dla wtajemniczonych.

  • Tragi to okazja do spotkania z innymi ludźmi

Prawda: To, co w targach najwspanialsze, to możliwość rzeczywistego spotkania twarzą w twarz. Dla osób pracujących w branży wydawniczej to szansa zobaczenia na własne oczy osoby, z która przez cały rok współpracuje  się przy pomocy telefonu czy mejla. Ale  przede wszystkim to możliwość spotkania czytelnika z autorem – święto i inspiracja dla obu stron. I chociaż życie literackie i rynek książki coraz bardziej przenoszą się do sieci, konieczny jest taki czas, gdy wszyscy mogą się „realnie” zobaczyć, porozmawiać, podać sobie rękę. W odróżnieniu od festiwali, podczas których autorzy mają do wykonania zlecone przez organizatorów  zadania (czytają, dyskutują, wyrażają opinię, zaszczycają), siedzący przy targowym stoisku pisarz oddaje się  pełni do dyspozycji swoich czytelników, zdany na ich miłość, niechęć, bądź, czego nikomu nie życzymy, obojętność.

 

 

 

Ulica Kolejowa

Gdy zaczynałam pracę w wydawnictwie, dostałam polecenie służbowe: zobaczyć ulicę Kolejową. Trafiłam na idealny dzień: zima, odwilż, wszędzie śniegowo-błotna maź. Ulica Kolejowa pokryta była dziurawym asfaltem, spod którego wystawała kostka, pewnie jeszcze przedwojenna. Dziury wypełnione były brudną wodą, którą rozchlapywały przejeżdżające samochody – bo ulicą Kolejową nikt (poza mną tego dnia) nie chodził – wszyscy jeździli, samochodami dostawczymi oczywiście.
Po przejściu około dwóch kilometrów dochodziło się do centrum polskiego handlu książką. W poprzemysłowych budynkach mieściły się hurtownie z cenioną (bo handlowała literatura ambitną) Akademią Klon na czele. Jednak znawcy mówili, że prawdziwy handel kwitnie w „pawilonach” – blaszakach wypełnionych stosami książek. Przed wieloma z nich książki wyłożone były także na zewnątrz, na rozmaitych tekturach. Stali tam także panowie, którzy byli niekwestionowanymi ekspertami rynku. Nie śmiałam podejść do nich, tylko patrzyłam. Ale miałam świadomość, że każdy kto wymyśla tytuły, redaguje książki i z przejęciem opowiada o ich wartości artystycznej powinien zobaczyć ulicę Kolejową i odbyć szkolenie u panów.
Po wielu latach, trochę dlatego, ze po drodze, a trochę z sentymentu, wróciłam na ulicę Kolejową. Nadal nikt tędy nie chodzi – chodniki pokryte nieodmiecioną śnieżno-błotna mazią – wszyscy jeżdżą. Tyle, że mniej chlapią, bo położono nowy asfalt. Do akcji wkroczyli deweloperzy. W miejscu poprzemysłowych budynków wyrastają apartamentowce – w końcu to centrum stolicy, świetna lokalizacja. Już bałam się, że nie znajdę dawnego centrum polskiej książki, ale jednak udało się, trafiłam. Duże hurtownie poznikały: część zbankrutowała, część wyniosła się za miasto. Pawilonów znacznie mniej, większość pozamykana. Ale przy kilku nadal stoją panowie. Zdecydowanie lubią książki, skoro nie pouciekali do innych biznesów. I tak sobie myślę, że to być ostatnia chwila by, zanim przyjdą deweloperzy, porozmawiać z panami i duuużo się od nich dowiedzieć. Przydałaby się ta wiedza z ulicy Kolejowej wszystkim, którzy wypowiadają się o kondycji polskiej książki i szukają recept na jej uzdrowienie.

Księgarz czy barista?

księgarnio-kawiarnie-agencja promocyjna OKOMiniony rok, w którym świętowaliśmy nadanie Krakowowi tytułu Miasta Literatury, to także rok, w którym zlikwidowano w mieście rekordową liczbę księgarń. Najbardziej spektakularna jest przemiana największej księgarni w Rynku w sklep z ubraniami. Niektórzy pamiętają, że przed Empikiem też była tu księgarnia – największa w mieście. W porywach zajmowała cały parter i piwnicę. Potem nastał Empik i opanował kamienicę aż po strych. Można było go lubić, albo nie, ale jednak to właśnie tu umawiali  się Krakowianie (zamiast „pod Adasiem”), zaczytani gimnazjaliści spędzali wagary pod regałami z fantastyką, a starsi państwo czytali prasę w kawiarni, choć kawa w Empiku nigdy smaczna nie była.

Rasowi miłośnicy książek do Empiku nie zaglądali. Najlepiej czuli się w „Jedynce”.  Ale jej już na Sławkowskiej nie znajdą…. Za chwilę nie znajdą tez księgarni Hetmańskiej… Podobno za jakiś czas po remoncie powróci księgarnia Znaku  i podobno nie będzie to księgarnio-kawiarnia. Bo połączenie kawy i książki to teraz dominujący trend w centrum Krakowa. Księgarze, chcąc przetrwać serwują kawę i ciastka, tylko czy aby w tej kombinacji książka nie staje się w coraz większym stopniu dekoracją, elementem scenografii? Czy za chwilę nie okaże się, w takich księgarniach ważniejsza od kompetencji księgarskich jest umiejętność parzenia dobrej kawy i czarowania serduszek na spienionym mleku? Pierwsze księgarnie-kawiarnie wywoływały mój entuzjazm. Ale teraz coś mnie zaczyna w tym uwierać. Czy aby mól książkowy, który uwielbia docierać do najbardziej niedostępnych półek nie będzie za chwilę przeszkadzał towarzystwu, które wpadło porozmawiać przy kawie? Oczywiście, handel książką przenosi się do Internetu. Ale jednak istnieje tęsknota za klimatyczną, dająca szansę na literackie odkrycia księgarnią, gdzie można spotkać znanego dobrze księgarza, który w dodatku zna się na książkach, choć kawy nie potrafi parzyć? Być może wkrótce informacje o takich miejscach wtajemniczeni będę sobie przekazywać szeptem? Ja wiem o jednym… przy przystanku tramwajowym na Stradomiu. Starannie ukryte, ale jest :) .

Ożywić biblioteki parafialne

O tym, jak wiele można zrobić i jak rozbudzić nowe potrzeby w ramach działalności parafii, widać na przykładzie pielgrzymek. Osoby, które nigdy wcześniej nie ruszały się ze swojego miasteczka czy wsi, dzięki inicjatywie energicznego proboszcza mogły zobaczyć nie tylko Licheń, ale też często Rzym, Lourdes, Fatimę i marzą teraz o wyprawie do Ziemi Świętej. Poznawanie świata i idące za tym „otwarcie” stało udziałem tysięcy Polaków, w tym wielu emerytów, którzy odkryli świetny sposób spędzania wolnego czasu. Swoją drogą, ciekawe, czy ktoś zrobił badania na temat zmiany mentalności Polaków pod wpływem parafialnych pielgrzymek. To mogłoby być bardzo interesujące.
Myślę, że idąc tym tropem, można zrobić bardzo dużo dobrego poprzez ożywienie bibliotek parafialnych. Jest to opcja dużo tańsza niż pielgrzymki, a możliwości otwierania umysłów i budowania wspólnoty ogromne. W każdej parafii z pewnością znajdzie się osoba chętna do poprowadzenia biblioteki (emerytowany nauczyciel, bibliotekarz, miłośnik książek). Pozyskanie darów dla biblioteki też nie powinno być trudne. Wszystkie przeprowadzki (a tych dzisiaj mamy sporo) zmuszają do książkowych remanentów w domach. Wiele osób, mając świadomość, że ich książki mogą zyskać drugie życie, chętnie odda je na wezwanie do parafialnej biblioteki. Miejsce też często jest – choćby w budowanych niegdyś licznie domach katechetycznych, różnych salach przy parafiach. I w takim miejscu biblioteka może być znakomitym miejscem spotkania, dyskusji, wymiany myśli. Zamiast przekazywać sobie parafialne plotki, osoby mogłyby spotykać się, by rozmawiać o książkach, bądź odbyć spotkanie z zaproszonym autorem. Świetnie pracujące przy parafiach zespoły charytatywne mogłyby rozszerzyć swoją działalność o czytanie książek osobom chorym, które czytać już nie są w stanie, albo dostarczanie książek tym, którzy jeszcze sami mogą czytać, ale nie mają siły dojść do biblioteki. Jest tu miejsce na wspaniałą współpracę międzypokoleniową: młode osoby mogą odwiedzać staruszków w domach z książkami, a „przyszywane babcie” organizować spotkania z książką dla maluchów. Skoro można było rozbudzić w ludziach potrzebę podróżowania (co wymaga jednak sporych pieniędzy), można też rozbudzić potrzebę (i modę) na czytanie.
To, co byłoby potrzebne, to dobra wola i przygotowanie merytoryczne. Powodzenie literatury „duchowej” rodem z dalekiego wschodu pokazuje, że ludzie są spragnieni takich treści. Gdyby wskazać im właściwe lektury zakorzenione w naszym kręgu kulturowym, chętnie by po nie sięgnęli. Tylko, że nikt tak naprawdę nie wskazuje. Z jednej strony mamy uczone dzieła niezrozumiałe dla zwykłego zjadacza chleba, z drugiej bestsellery księgarni katolickich, które swoim poziomem są często podobne do bestsellerów księgarni świeckich i… „świetnie się sprzedają”. A więc po fali książek związanych z Janem Pawłem II (których ludzie często tak naprawdę nie czytali, tylko „mieli” na półkach) przepisy kulinarne rozmaitych sióstr, nalewki według mnichów, zdrowe życie wedle reguł klasztornych i rosnąca w strasznym tempie ilość książek o diable i egzorcyzmach – widocznie Zły „dobrze się sprzedaje”. A pomiędzy tym znakomite książki, które mogłyby faktycznie zmienić życie czytelnika, gdyby na nie trafił. I tu widzę rolę prasy katolickiej, poczuwającej się do chrześcijaństwa inteligencji i duchownych. Rozmawiać o książkach, dzielić się swoimi czytelniczymi fascynacjami (a nie powoływać się na kazaniu, przekręcając nazwisko autora, na książkę, z „Materiałów homitletycznych”, której się wcale nie przeczytało). Marzy mi się próba zbudowania współczesnego kanonu literatury chrześcijańskiej: taka otwarta, nagłośniona medialnie dyskusja na temat 10 książek, które współczesny człowiek powinien przeczytać. Ciekawa jestem, co poleciłby np. biskup Ryś, biskup Nossol, ks. prof. Kracik, biskup Michalik, Janusz Poniewierski, Roman Kluska, Krzysztof Pawłowski, Szymon Hołownia czy ojciec Tadeusz Rydzyk. Gdyby taką dyskusję medialnie nagłośnić, wyobrażasz sobie, ilu ludzi sięgnęłoby po książki? Choćby z ciekawości.
A swoją drogą, na tych samych zasadach jak dokształca się bibliotekarzy bibliotek publicznych (fundacja Billa i Mellindy Gates stawia na biblioteki), można byłoby dokształcać tez bibliotekarzy bibliotek parafialnych i stworzyć dla nich portal informacyjny (co kosztuje dużo mniej niż gazetka na papierze). W dokształcanie i wymianę informacji można byłoby zaangażować uczelnie katolickie, ale przede wszystkim zwykłe osoby świeckie, które z racji wykonywanej pracy posiadają potrzebną wiedzę i chcą bezinteresownie zrobić coś pożytecznego. Parafia w naszym kraju jest bardzo blisko człowieka. I żadna biblioteka publiczna nie ma takich możliwości, by skłonić do czytania, jak środowisko parafialne.
Wszyscy dzisiaj mówią o nowej ewangelizacji, choć do końca nie bardzo wiadomo, co to jest. Ja sobie wyobrażam, że to życie bliżej Ewangelii. Chyba każdy inaczej widzi metody, do jakich trzeba w tej nowej ewangelizacji sięgnąć. Ale wydaje mi się, że ponieważ Ewangelia przekazana została nam w formie księgi, bez czytania nie da się ewangelizować siebie i innych. Tak wiec biblioteka parafialna, nawet gdy czyta się w niej powieści przygodowe, miałaby szanse stać się miejscem ważnym dla ewangelizacji.

Promocja książki w e-czasach

Nikt nie ma wątpliwości, że przemysł wydawniczy gwałtownie się zmienia. Książka papierowa odchodzi w przeszłość. Czy w związku z zanikiem maszyn do pisania ludzie przestali pisać? – nic podobnego, piszą znacznie więcej . W epoce książki elektronicznej czytelnictwo też ma szanse rozkwitnąć jak nigdy dotąd.
Jednak, jeśli nie chcemy, by czytanie stało się przywilejem wąskiej grupy (bo reszta wybierze inne formy spędzania wolnego czasu), konieczne są działania tak zdecydowane, jak rewolucyjna jest zmiana postaci współczesnej książki.
Stosowane dziś, tradycyjne metody promocji czytelnictwa są nieadekwatne do przełomu, jaki przeżywamy: spotkanie z autorem, festiwal, audycja telewizyjna około północy, artykuł nawet w wysokonakładowej gazecie – to działania nakierowane na przekonywanie przekonanych. Czy faktycznie dzięki nim nowi ludzie sięgną po książkę?
Potrzebna jest bardzo konsekwentna „praca u podstaw” w miejscach, gdzie ludzie z natury rzeczy spotykają się z książką, tak, by w trakcie tego spotkania książka była w stanie ich uwieść, a nie odstraszyć. Trzeba odważnie i skutecznie, wykorzystując zdobycze nowych technologii, wyjść do osób, które nigdy same się do książki nie zbliżą.
A więc:

1. Przeczytać przez 3 lata liceum 3 dzieła literackie, ale zrobić to naprawdę, z uwzględnieniem pełnego kontekstu, dostarczając młodym ludziom narzędzi do kontynuowania własnych poszukiwań literackich.
Szkoła zamiast „przerabiać” historię literatury, powinna uczyć aktywnego obcowania dziełami literackimi, otwierać na utwory współczesne, najbliższe młodym ludziom. Dziś, po 12 latach edukacji „lektura” kojarzy się z koszmarnie nudnymi ramotami , z którymi, dzięki Internetowi można zapoznać się szybko w streszczeniu (i zapomnieć po maturze). Wielu osobom ze świadectwem dojrzałości nawet nie przyjdzie do głowy, że czytanie może być przyjemnością, z której warto bez przymusu skorzystać.
2. Jak najszybciej zastąpić na lekcjach szkolnych papier urządzeniami elektronicznymi
To nie tylko kwestia podręczników (podręcznik, jako zamknięta całość „do przerobienia” też powoli odejdzie w przeszłość), ale przede wszystkim kształcenie umiejętności wykorzystania technologii dla własnego rozwoju, w tym także znajdowania w sieci potrzebnych informacji, właściwej książki czy artykułu.
3. Wyprowadzić z bibliotek regały zapełnione tomami, których od lat nikt nie wypożyczył. Udostępniać czytelnikom bezpłatnie, bez czekania w kolejce, pliki z najbardziej poszukiwanymi książkami . Tantiemy za faktycznie pobrane książki biblioteka płaciłaby z dofinansowań, które dziś wydaje na nie zawsze trafione zakupy. Ile pieniędzy można byłoby zaoszczędzić na utrzymaniu i ogrzewaniu powierzchni magazynów i przeznaczyć na zakup dostępu do nowości!
4. Stworzyć z biblioteki miejsce w którym chce się bywać.
Nie po to, żeby wypożyczyć książkę (bo to można zrobić przez Internet), ale żeby się spotkać z autorem, porozmawiać, zasięgnąć informacji, spędzić czas z ludźmi o podobnych zainteresowaniach, posiedzieć w przyjemnym wnętrzu. Mimo widocznych zmian, nadal można spotkać w bibliotekach znudzone panie, które wyraźnie nie lubią czytelników.
5. Wesprzeć powstanie nowego zawodu: „doradca czytelniczy” (jak doradca finansowy)
Osoba, która z zawodowego obowiązku (a pewnie i z zamiłowania) jest „na bieżąco”, potrafi uporządkować zalew informacji (w Internecie i w realu) i jest w stanie pomóc potencjalnemu czytelnikowi w najtrafniejszym, indywidualnym wyborze lektur. Zna zapowiedzi wydawców, blogi literackie, ukryte w niszowych pismach artykuły krytyków i po prostu „ma nosa”. Takich doradców warto kształcić za publiczne pieniądze i zatrudniać w bibliotekach. Ale kto wie, czy w niedalekiej przyszłości tego typu usługi („osobisty sekretarz”) nie będą nabywane także na komercyjnych zasadach?
6. Uruchomić potencjał najlepszych marketingowców i wypromować modę na czytanie
Istnieją narzędzia i metody działania, dzięki którym powstała moda na rzeczy, bez których wcześniej wszyscy się obywali. Dlaczego nie zastosować ich w świadomy i zmasowany sposób do promocji książki? Temat jest tak sympatyczny , że pewnie wiele świetnych głów ze świata reklamy zgodziłoby się podarować swoje pomysły w prezencie. A więc burza mózgów, decyzja, a potem bardzo konsekwentna, wieloletnia realizacja – nie jednorazowa akcja.
Skoro istnieją media publiczne, można np. do domów serialowych bohaterów wprowadzić książki, przekonać znane osoby, żeby pokazywały się z książką w ręce, w wywiadach opowiadały co ostatnio przeczytały i równie chętnie jak na imprezach sportowych pokazywały się (i dawały sfilmować) na spotkaniach literackich.
7. Uczynić propagowanie czytania sprawą honoru osób uchodzących za opiniotwórcze .
Może warto powrócić do refleksji nad etosem inteligenta i jego powinnościami? Czy faktycznie chcemy, żeby inteligencję wyparła „klasa średnia”, która chwali się domkiem – dworkiem na przedmieściu, posiadaniem wielkiej plazmy, ale już nie koniecznie przeczytaną ostatnio książką?
8. Odrodzić biblioteki parafialne.
To sprawdzony sposób, by książka mogła trafić do domów, w których nie ma tradycji czytelniczych, a wspólne międzypokoleniowe czytanie budowało więzi, których tak bardzo ludziom dziś brakuje. To dziwne, że Kościół szukając narzędzi nowej ewangelizacji nie sięga po książki i wokół nich nie star się zgromadzić ludzi.

Przepis na bestseller

Przygotuj: autorkę lub autora, który podoba się kobietom (panowie mniej czytają), temat, będący akurat w modzie (bądź na bieżąco – wampiry się kończą i przechodzą w fantazje erotyczne, a może i to już jest passé?). Wszystko to zapakuj w adekwatną okładkę i podpisz działającym na wyobraźnię tytułem. Dodaj „blurb” czyli pochwałę dzieła podpisaną przez celebrytę. Informacja, że to „międzynarodowy bestseller” była tyle razy wykorzystywana, że dziś już nie działa.
Rozpocznij zmasowaną promocję. Rozciągnięcie jej w czasie skutkuje, jak słabo nagrzany piekarnik – zakalcem. A więc w każdym medium, na każdej witrynie w księgarni, a jak masz pieniądze, to na bilbordach, musi się pojawić twoja książka. Masz dwa tygodnie. Jeśli w tym czasie nie przekonasz wszystkich (księgarzy, czytelników, dziennikarzy), że to bestseller – przegrałeś.
Po dwóch tygodniach podgrzewania zniknie cały nakład, a ty możesz myśleć nie tylko o dodrukach, ale też o wersji audio, z obrazkami, a nawet z animacjami… Delektuj się sukcesem i podawaj potrawę w coraz to nowych wersjach.
W przypadku prawdziwej literatury przepis jest niestety bardziej skomplikowany.